Czy samochód może mieć duszę? Czy blacha może nosić ślady emocji, podróży, decyzji? Tego właśnie szukaliśmy w naszym literackim wyzwaniu – i znaleźliśmy. Niecodzienna nagroda, nietypowy konkurs i jedno opowiadanie, które poruszyło samego Szczepana Twardocha. Zwycięzca literackiego wyzwania Audioteki otrzymał coś więcej niż gratulacje – dostał terenówkę pisarza, która ma własną duszę. Poznaj historię, która wygrała samochód.
Literacki silnik na pełnych obrotach
Literatura i motoryzacja – duet, który nieczęsto występuje razem, ale kiedy już się spotka, potrafi zaiskrzyć jak świeca zapłonowa w starym mercedesie. Właśnie tak zrodził się pomysł na konkurs Audioteki, w którym prosiliśmy uczestników o jedno: opowiedz historię samochodu. Nie byle jakiego, nie techniczną czy mechaniczną – ale pełną emocji, z duszą i charakterem. Historię, w której auto nie jest tylko tłem, ale bohaterem. Narratorem. Czasem nawet ofiarą.
Inspiracją była maszyna nie byle jaka – terenówka Szczepana Twardocha, pisarza znanego nie tylko z wyjątkowej prozy, ale też z miłości do samochodów. To właśnie ten pojazd – z przeszłością, zadrapaniami i przejechanymi setkami kilometrów – stał się symboliczną nagrodą dla zwycięzcy.
Spośród setek nadesłanych opowiadań wyłoniliśmy te najlepsze. A później? Głos miał tylko jeden człowiek – Szczepan Twardoch, który osobiście wybrał historię, która jego zdaniem najlepiej uchwyciła ducha tej nietypowej, motoryzacyjnej literatury.
Tekst, który poruszył Twardocha – i ruszył po nagrodę główną
Już za chwilę oddamy Ci w ręce tekst, który wygrał. Opowiadanie, które porusza, niebanalnie interpretuje temat i pokazuje, że każdy samochód to wehikuł wspomnień. Czasem tych, które chcemy zachować, czasem tych, od których chcielibyśmy uciec. Zaparz kawę, usiądź wygodnie, być może nawet w swoim aucie – i ruszaj w drogę.
Tytuł opowiadania: „BAŚKA”
Autorka: Anna z Bielsko Białej
„Lubię Pandę i ciebie w niej” – powiedział mężczyzna z marzeń, z instagrama. Mężczyzna z wytatuowaną jedną ręką, aż do nadgarstka, z wzorcową brodą od barbera, lat 38, lubi wspinaczkę górską, ćwiczy na siłowni, kocha zwierzęta, ale nie jest wegetarianinem, bo nie mógłby żyć bez mięsa. Mężczyzna troskliwy, ale silny, będący wsparciem. W seksie lubiący eksperymenty, uległy, dla którego jest się królową. Macho znający swoje miejsce u stóp swojej blond bogini. Mężczyzna, który nigdy nie istniał, bo gdyby istniał, to nie lubiłby mnie w Pandzie, tylko w Daci Spring co najmniej , albo w jakimś innym nie za dużym samochodzie z zieloną rejestracją. („Sobie nucę, siebie smucę, ciebie nigdy nie było”).
W Pandzie się kobiet zbytnio nie lubi. W Pandzie się seksu nie uprawia. Można co najwyżej Radia Zet wspólnie posłuchać i to jak się ma 18 lat i mama Pandę pożyczy na wieczór. Ale jak się ma 46, to się w Pandzie raczej zakupy wozi z Lidla i dziecko z treningu, czwarty raz w tym tygodniu, bo kocha piłkę. I w Pandzie się czeka pod tym treningiem półtorej godziny, żeby trenera nie straszyć, bo się makijażu już nie zdążyło poprawić. Trener ma 38 lat i dziarę aż do nadgarstka.
Pandy nie dostaje się od mężczyzny z marzeń w prezencie, nawet od męża – wykształciucha się Pandy nie dostaje. Pandę się dostaje od teściowej, kiedy zaczyna chorować. Już i tak nie jeździ. W sumie nigdy za dużo nie jeździła. I Panda jest jak z ogłoszenia : stan idealny, 12 lat w garażu, 43 tys na liczniku. I teściowa, patrząc na ten wzorzec od trzech pokoleń teściowych odtwarzany, wzorzec zajebanej po korek matki – już niby nie Polki, ale jednak Polki – postanawia oddać Pandę – najwyższą ofiarę składaną przez kobietę kobiecie.
Ten symbol femi-wyzwolenia, namiastkę kobiecej niezależności, którą wprawdzie nie jedzie się na safari, tylko do roboty na 7.45, ale jednak się jedzie niezależnie. Parkuje się pod szkołą, między SUVami rodziców i starymi oplami uczniów. Kawał historii – najpierw 12 lat pod technikum ekonomicznym stała, teraz pod ogrodniczym przestoi spokojnie jeszcze z 10. Stan idealny, lekkie zarysowania, jedno ostrzejsze pociągnięcie – chyba ucznia. Jedno poważne wgniecenie – kiedy teściowa jechała po wódce, jak ten malowany ptak, jak Rysiek Riedel – romantycznie.
Picie z przemęczenia, z wkurwienia, że tak się nie bardzo udało, że mąż wiecznie mordę wydziera, a ci synowie nic sami nie ogarniają. Cały świat, cały dom, cała budowa, cała szkoła, cała babcia schorowana do opieki – wszystko na jednej głowie. A potem – mąż dom zbudował, chłopaki się pokształciły – zdolne takie, babcia super sobie radzi, choć taka stara. I tylko ta wódka wieczorem – ona jedna cię widzi, dla niej jednej jest się ważną (albo dla siebie po niej).
Więc się tę Pandę bierze z wdzięcznością, choć się z teściową nigdy nie układało jakoś bardzo. Wiecznie te miny , usta zaciśnięte, te „no wiesz, ja też lekko nie miałam”. Ale się w środku wie, że ta Panda to takie nasze wewnętrzne oczko puszczone, taki wyższy level porozumienia między teściowymi i synowymi. Taka chroniczna potrzeba pobycia sobie razem, posiedzenia jak baba z babą, co się nigdy niestety w realu nie udaje.
Bierze się Pandę i się zaczyna jeździć tymi samymi ścieżkami, do tego samego Lidla, bo tam takie fajne dają kupony – można książkę kucharską dostać. I do tego samego przedszkola, bo tam Rafał chodził – blisko będziecie mieli. I po wódkę do tego małego sklepu, który ciągle istnieje, a w zasadzie po wino – prosecco porządne, bo wódka to jednak obciach, aż taką alkoholiczką to się nie jest. I się to wino wieczorem nalewa, jak już wszystko ogarnięte, jak chłopaki śpią, pies wyprowadzony. Można sobie na spokojnie filmiki na youtubie pooglądać o medycynie estetycznej. A może się w końcu jakiś zabieg zrobi, jak ta podwyżka przyjdzie z wyrównaniem.
I się nawet czasem wspomni tę teściową, jak umierała na to ciulstwo jakieś ,od tej wódy i tych fajek się w końcu wykończyła. I jak się siedziało przy niej, bo już nikt siły nie miał siedzieć, albo w robocie byli. A ona wtedy akurat postanowiła umrzeć, jakby całe życie przy tych facetach wszystkich umęczona – postanowiła sobie umrzeć w kobiecym towarzystwie. Jakby się w końcu na tę kawę z synową umówiła, żeby tak szczerze raz w życiu pogadać. I bez słów się ta rozmowa obyła, tylko taki wzrok świadomy – jak nie ona. Jakby się obudziła nagle i mnie próbowała obudzić. Jakby mówiła – weź się babo otrząśnij wreszcie.
Pandy nie mają imion, są czarne, białe i te stare niebieskie. Ale jakoś kobiety nigdy imion im nie dają, jak faceci. Oni zawsze te swoje duże auta nazwą, jakąś historię im napiszą wielką, przygody różne, romanse w swoich autach mają. A Pandy po prostu jeżdżą po małych miastach poniżej 100 tysięcy mieszkańców, wożą dzieci i zakupy i prosecco na wieczór.”
Słuchaj i czytaj więcej historii, które żyją
Jeśli ta opowieść Cię poruszyła, koniecznie zajrzyj do drugiej części artykułu z konkursowymi opowiadaniami naszych laureatów: „Literatura na cztery koła – 3 opowiadania, które zdobyły wyróżnienie w konkursie Audioteki„. Znajdziesz tam wyróżnienia literackie od Szczepana Twardocha, w których bohaterowie ruszają w drogę – dosłownie i metaforycznie. Bo literatura, podobnie jak motoryzacja, to podróż.
